Dziennik #18/2026 - boli

in #polish27 days ago


Źródło: Pixabay


Dobry wieczór.

Prawie nie śpię. A gdy śpię nawiedzają mnie sny, których chyba nie umiem unieść. Bo jak unieść wspomnienia z gimnazjum wiedząc, że jego już nie ma i choćbym stanęła na cyckach już go nie będzie? Bo jak mam unieść życie bez niego? Wiem, że muszę, bo są ludzie, którym na mnie zależy, ale mój świat wali się na ryj. Totalnie wali się na ryj, a ja stoję, rozglądam się i nie wiem co mam zrobić.

Krwotoki z nosa są tak silne, że trochę po cichu mam nadzieję, że się wykrwawię i wiecie, przestanie boleć. Nic z tych rzeczy. Moje pojmowanie rzeczywistości nie ogarnia, że Jego już nie ma. Dzisiaj dzwoniłam do niego jakieś 50 razy i tak, telefon dalej nie odpowiada. Dlaczego do kurwy nędzy?

W 2012 roku pierwszy raz w życiu spotkałam się ze śmiercią. Moja najukochańsza od dzieciństwa przyjaciółka dostała diagnozę: glejak i wypierdalaj. Pół województwa zmobilizowałam do zbiórki na leczenie, ale chuja to dało, bo zmarła. Miałam wyrwę w sercu wielkości Neptuna. Nawet nie pamiętam ile lat piłam i ćpałam, żeby to zaleczyć. Byłam święcie przekonana, że więcej takiej straty nie doznam. Potem straciłam partnera. No i chuj, wstałam. Bo nie miałam wyboru. A dzisiaj już nie mam siły. No kurwa po prostu nie mam siły.

Abstynencję złamałam, bo właśnie piję piwo. Niewiele to zmienia. A w zasadzie nic. Nienawidzę swojego życia. Lecą mi łzy momentami mieszane z krwią z nosa i mogę powiedzieć jedno: nienawidzę swojego życia. I gdyby nie to co ja przeżywam aktualnie to już by mnie tu nie było, ale nie zrobię tego moim bliskim. Nie chcę, żeby przeżywali piekło w którym aktualnie ja trwam.

Mam dość. Po prostu. Marzę o tym, żeby po prostu przestać cierpieć, nic więcej.